20

Lizabette już od kilku dni krążyła po plaży, poszukując czegoś, co ją uratuje. Żadnej żywej duszy, jedzenia brak, a woda z jeziora nie jest krystalicznie czysta. Była skazana na przegraną ze śmiercią...
Nagle zauważyła czerwony sznurek, wiszący .. w powietrzu? Pomyślała, że może to pomoc z innego wymiaru... Spojrzała na swoje ubranie, na ręce, nogi... Nogi były pokaleczone kamieniami z lasu, gdzie szukała jedzenia, ręce miała brudne i całe w piasku, ubranie poniszczone, a ciało opalone... Przeczuwała, że wygląda jak jakiś pustelnik. Jednak chwyciła za sznurek i trzymała się go kurczowo.
***
- Erik!!! Erik, obudź się! - W drugim wymiarze był już późny wieczór. Lenore stała na czatach przy linie, a Erik zasnął. - Sznur się rusza!!! Wyczaruję przepaść! Ciichoooo! - Była bardzo zestresowana, ale jednocześnie szczęśliwa, że są jakieś oznaki z trzeciego wymiaru.
- Szybko.
Lenore poruszyła palcami, a Erik trzymał sznur. Przepaść znów się stworzyła, a w jej dole widać było wychudzonego, słabego i zaniedbanego człowieka. Trzymał się za sznurek. To była Liz.
- Na razie, jak ją wyciągniemy, to musimy przejść do pierwszego wymiaru, jak najszybciej. Chwila... Boże, jej ciało jest zbyt daleko od tego ciała! Ja wyjdę na chwilę, zadzwonię po Tanyę, ona przyprowadzi ciało. Za pomocą magii, bo wyjść pewnie nie może. Panie się wściekną...
- Idź tam, ja ją wyciągnę i zamknę przepaść.
Lizabette uniosła się nad powierzchnię ziemi, chłopak zamknął przepaść i dziewczyna opadła na jego ramiona. Przyjrzał się jej - wyglądała okropnie. Miał ochotę ją uściskać, ale nie mógł. Miała sparzone ciało promieniami słonecznymi. Współczuł jej, nacierpiała się tam, w trzecim wymiarze... W końcu ruszył w kierunku "wyjścia". Czekał, aż Lenore wejdzie i powie, że już koniec tego koszmaru. Stał kilka minut i wychylił głowę poza wymiar. Nikogo tam nie było, a Lizabette wyglądała na umarłą - nie czuć było tętna, ale to było normalne u czarodziejek - niestety nie czuć było u niej też magii, więc to już było niepokojące. A zwłaszcza to, że w ogóle nie odzywała się i miała zamknięte oczy. Czekał już, na oko, godzinę lub więcej, a Lenore nigdzie nie było widać. Wokoło zapadła noc.
- Erik! Chodź, wyłazimy stąd, tam już pora obiadowa. - pojawiła się w końcu Lenore. - Przepraszam, że długo, ale były problemy. Szybko.
Wyszli, a ciała magiczne Liz połączyły się. Nadal była bardzo słaba. Ruszyli w kierunku stadniny.

19

W stajni było cicho, bez życia, mimo że panie były w dobrym humorze. Tanya chodziła z miotłą, Keisha wymieniała ściółkę, Alyssa sypała siano dla koni, ciało magiczne Liz pomagało we wszystkim, nie mogło robić nic samo. Nie dało się przewidzieć tego konsekwencji. Wszystkie wiedziały, co się stało z Lizabette. Wszystkie to przeżywały - ale nie dały po sobie poznać paniom. Nie mogły nic wiedzieć.
- Tanya, jeszcze tutaj. - Pani Lilianna pomagała też nieco dziewczynom.
Po jakichś trzech godzinach skończyły.
***
Dotarli na łąkę. Niestety, nie było tu już dawnych ogrodzeń. Orientacyjnie wyznaczyli trasę i po pewnym czasie odłączyli się od prawdziwego ciała, które w tej samej chwili stało się magiczne. Określili, gdzie ostatni raz skręcili i byli już na plaży. Na nieszczęście, chorągiewki nie było.
- Cholera! Ktoś zabrał - zdenerwowała się Lenore.
- Nie denerwuj się. Zostało wgłębienie. Patrz. - W prawdopodobnym miejscu zdarzenia ziemia zaczęła się świecić. - Lizabette! Lizabette! - rzucił się na piasek i walił w niego pięściami.
- Erik... To nic nie oznacza...
- Chcę tam wejść. - Erik nie myślał o nikim innym, niż o Lizabette.
- Nie możesz. Jeśli to zrobisz, stracisz moc i nigdy stamtąd nie wyjdziesz, sama cię nie wyciągnę.
- Ale Liz...
- Spokojnie. Musimy tam, hm... wczarować jakiś baardzo silny sznur. Wyczaruję go. - Po chwili trzymała już w ręce rzucający się w oczy czerwony sznur, który z pewnością zobaczy Liz. - Wtłoczę go magią w przepaść, która się zamknie, ale może też go wciągnąć... Okej, "poświęcę się"... - Zrobiła to, co powiedziała. Sznur w połowie został na ziemi, a w połowie był w trzecim wymiarze. - Boże... Udało się!
- To jeszcze nie wszystko.

18

Te słowa Liz, które zabrzmiały Erikowi w głowie, wybudziły go z z tego odrętwienia. Nagle wstał i krzyknął:
- Musimy ją znaleźć! - i wybiegł z domu w kierunku plaży.
- Erik! Oh, dziewczyny, nie wiecie, co mu się stało? - zaniepokoiła się pani Roxanne.
- To nic takiego. Poszedł na sto procent na plażę, tam zgubił telefon. Niech się pani nie martwi, wróci niedługo, jest rozsądny. - wyjaśniła Keisha, która jest mistrzynią kłamstw i fałszu.
Po śniadaniu zabrano się do sprzątania w stajni.
***
Erik biegł ile sił miał w nogach. Co chwila czuł silne impulsy. Był przekonany, że pochodzą od Liz. Myślał, że ją znajdzie. Ale dopiero gdy znalazł się na plaży pełnej ludzi, zdał sobie sprawę, że nigdy nie znajdzie jej w tym wymiarze.
Trzeci wymiar, Erik, otrząśnij się! Poproś o pomoc... Lenore. Ona mnie zaczarowała, ty mnie uratujesz, ale z jej pomocą. Szybko!
Na początku wydawało mu się, że to sama Lizabette mówi do niego, ale potem uświadomił sobie, że to on sam myśli w ten sposób. Że to jego myśli, a nie słowa Liz. Lecz teraz znów jest pewien, że to Liz... przesyła mu informacje za pomocą telepatii? Przecież to nielogiczne. W trzecim wymiarze istoty z mocą paranormalną nie są w stanie jej używać. Tak go nauczono. Więc o co chodzi?
Nie zastanawiał się nad tym długo, popędził do Lenore. Wpadł jak burza do domu, aż panie się wystraszyły.
- Erik!
- Nie mam czasu na wyjaśnienia. Przepraszam was, panie, naprawdę to ważne! - nie wiedział jak się wytłumaczyć. Wiedział natomiast, że takim zachowaniem tylko pogarsza sprawę. Dotarł do Lenore. - Błagam, pomóż mi odnaleźć Liz, to ty ją tam wpędziłaś, jest w trzecim wymiarze! Pomóż.
- Okeej, a będzie coś w zamian? - Lenore zawsze była wyrachowana, ale w takiej sytuacji to było naprawdę wkurzające.
- Nie wiem! Zależy... Proszę, chodź za mną!
Pobiegli na miejsce, gdzie prawdopodobnie zniknęła Liz. Lenore dokonała ważnego odkrycia, bez którego znalezienie dziewczyny byłoby niemożliwe.
- Ale... My tu jej nigdy nie znajdziemy. Musimy wrócić do punktu wyjścia. Tu, ale w drugim wymiarze zniknęła Liz. Musimy oznaczyć to miejsce. Teraz ruszamy na łąkę, potem w tym samym miejscu odłączymy się od ciał fizycznych, ruszymy ciałem magicznym. To już będzie drugi wymiar, a tam dotrzemy z buta na miejsce zdarzenia. - Mówiła w pełnym skupieniu, ale jednego Erik nie rozumiał. Dlaczego Lenore nagle zaczęła zachowywać się tak, jakby lubiła Liz i nie zrobiła jej nic?

17

Lenore, co ty robisz?!
Nie możesz tam jechać...

Tam się stanie coś złego...
Czy to już koniec?

Lenore galopowała po mokrym piasku, a dziwne było to, że już był zachód słońca. Inna rzeczywistość? Tego już nie dało się wyjaśnić, ale magia robiła swoje. Skupiona w jednym miejscu dawała wiele iluzji, ale tu jednak musiało się źle to skończyć.
A za nią reszta. Lizabette przyspieszyła. Dogoniła Lenore, która przestała nagle kierować koniem, ale... rozwinęła skrzydła. Ich aerodynamiczny kształt przyspieszył ruch konia. Ale nie unosiła się przecież, to czemu koniu było lżej? Następna zagadka.
Erik również zwiększył prędkość. Obawiał się niebezpieczeństwa. O co chodzi? Dlaczego Lenore odwinęła skrzydła? Rozejrzał się dookoła - to inny wymiar rzeczywistości. Brak ludzi, brak pomocy. Czy spotka ich coś złego? Atmosfera nie była spokojna, czuć było napięcie. Nikt się nie odzywał. W końcu ciszę przerwała Lenore.
- Nigdy więcej nie zrobicie mi tego! - odwróciła się do nich i krzyczała. - Nigdy! To ty Lizabette czarowałaś wszystkim, ty wzbudzasz zainteresowanie, ty oczarowujesz wszystkich tutaj! Nie mnie! Bo ty swoją obecnością, swoją potęgą przebijasz wszystkich. Twoje dni są już policzone!
Wszyscy się przerazili jej słowami.
- Lenore! - Erik przeszedł do cwału, a gdy znalazł się tuż obok Lenore, było już za późno. Dziewczyna spojrzała do tyłu, a z nią Erik. Tuż pod Lizabette wyrosła znikąd przepaść. Wpadła w nią i przepaść zniknęła.
- Lizabette!!! - krzyczała Tanya. Zatrzymała się z Erikiem, a Lenore zniknęła.
- Lizabette, jesteś tam?! Błagam, odezwij się! - Erik był zrozpaczony. Oboje próbowali czarować ziemię i piasek, by dostać się do niej. Kopali dół. Nigdzie jej nie było. Tanya zaczęła płakać.
- Boże... To jakaś masakra, Lizabette dosłownie zapadła się pod ziemię... Nieee!!! Nie! Nie... - szlochała.
- Uspokuj się. - nagle oślepiła go jasność, a Tanya zniknęła. Zobaczył Karą Klacz.
-  Wsiądź na mój grzbiet... Zabiorę cię do raju, gdzie czeka na ciebie Lizabette... - przemówiła ludzkim głosem, dziwnie znajomym.
Nie słuchaj jej... To Lenore, błagam, Erik uratuj mnie! - zaszumiało mu w głowie. Zdezorientowany nie wiedział, co zrobić. Podszedł do Klaczy, spojrzał jej w oczy. Te oczy były mu znajome, a głos... To była Lenore, w postaci Karej Klaczy... Niewiele czarodziejek zmienia się w postać z jej marzeń. A Lenore zawsze chciała być taka.
Erik... Kocham cię. - już więcej nie szumiało mu w głowie tym dźwięcznym głosem... Lizabette.
Krzyczał. Walił pięściami w ziemię. Liz zniknęła. Tanya też, Lenore stoi przed nim w postaci konia! Myślał, że oszaleje. Nie było znikąd pomocy. Konie również zniknęły...
***
Liz obudziła się na plaży. Gdy zorientowała się, gdzie jest, gdy rozpoznała porę dnia, zakręciło jej się w głowie. Nie wiedziała już, czy to rzeczywistość, czy inny wymiar. Próbowała coś zaczarować - zero mocy. Dotknęła pleców. Nic?! Nie miała skrzydeł.
Czy to normalne wakacje? Czy to, co było wcześniej, nie miało miejsca?
Przypomniała jej się przerażona twarz Erika, tuż przed tym koszmarem.
- Erik! Erik, gdzie jesteś?! Błagam, czy ktoś tu jest?! - krzyczała, ale nikt się nie pojawił. Wstała. Chodziła, szukała konia, ale nie było go nigdzie. Płakała, wiedziała, że to już koniec. 
Nikt jej nie pomoże. A Erik przecież musi gdzieś być... Tam na górze? Nie, to ona jest na dole... Trzeci wymiar?! Trzecia rzeczywistość?! Ale jak to... On by ją uratował. Nie modliła się do Boga. Czuła się jak w jakiejś fikcji. Magia?! Skrzydła?! Inne wymiary rzeczywistości?! Czary?! Przecież to musiała być fikcja.
***
Wszystko wróciło do normy, ale nie było Lizabette. Było tylko jej złudzenie. Dla ludzi była ona żywa, ale dla czarodziejek i Erika nie. Erik codziennie chodził przymulony, smutny, a w nocy siedział na łóżku i czekał na cud magiczny. Że Lizabette wróci. Już wiele razy kłócił się z Lenore, ale ona nie chciała nic powiedzieć, gdzie ona jest. Nawet nie wiedziała, gdzie jest - nie była na tyle mądra.
Pewnego dnia przy śniadaniu panie, widząc, że Erik od trzech dni chodzi jakiś taki smutny, zagadały do niego.
- Erik, coś się stało?
- Nie... Nic takiego... - odłożył widelec, gdyż już uznał, że zjadł. Nie jadł za wiele. Nie chciało już mu się żyć. Bez Liz świat dla niego nie istniał.
- Erik... Ona się odnajdzie... - Powiedziała cicho Keisha, wiedziała o wszystkim, gdyż Tanya jej opowiedziała. Wszyscy wiedzieli, oprócz dorosłych. - Wierzę w to mocno. Pójdziemy ją szukać.
- Kto się zgubił? Lub co? - zapytała pani Roxanne.
- Nic... Hm, moja komórka. - skłamał. Wiedział, że mówienie o zniknięciu Lizabette, podczas gdy jej złudzenie siedziało przy stole i jadło, byłoby szaleństwem.
Erik! Wytrzymaj, wrócę...

16

Było jeszcze ciemno i godzina około trzeciej. Lizabette obudziła się. Wyszła na balkon. Zaczarowała balkon tak, że mienił się światełkami. Nagle coś złapało ją za ramię.
- Hej Lizabette. Nie śpisz? - To był Erik.
- Nie... A ty czemu nie śpisz? Przecież jest trzecia nad ranem. - Wtuliła się w jego bluzę - nie nosił piżamy.
- Ja zawsze w nocy nie spałem. - Położył rękę na jej plecach i.. wyczuł coś miękiego jak puch. - Lizabette... Ty... Ty masz skrzydła?
- Ja? Yyy... Nie... - nagle pojawiło się dookoła niej wiele ścian, było tam ciemno, a na podłodze leżały kolorowe pióra. Jak w jej śnie...
- Masz skrzydła?! Pokaż je, natychmiast! - o dziwo Erik okazał się w tej poświacie księżyca łudząco podobny do blondyna z jej snu.. I zachowywał się jak on!
- Niee! Daj mi spokój! Pomocy!!! Tanya! Keisha, Alyssa! Pomocy... - dorwał ją i jak poprzednim razem zdarł z niej bluzkę... Były tam skrzydła... Miękie, szare, jak u anioła. Krzyczała. Nic to nie dało.
***
- Lizabette! Co ci jest?! - Okazało się, że tamte wydarzenia były złudzeniem. Lizabette widziała te rzeczy, bo była pod wpływem magii.
- C-co...? A-ale o co chodzi...
- Zemdlałaś na chwilę.
 Następnego dnia, po śniadaniu panie ogłosiły samodzielny wyjazd w teren. Ze względu na bezpieczeństwo trasa była ogrodzona i znana wszystkim dobrze. Nie było żadnych zagrożeń. Prowadziła przez łąkę. Okrążało się wieś.
- Co pół kilometra będą przystanki kontrolne, byśmy mogli sprawdzić, czy wszystko w porządku. Gdy już ruszycie, musicie prowadzić konie po szlaku. Według takiej kolejności: pierwsza Marika, druga Kwadra, trzeci Sennik, a dalej to już Antygona, Lilia, Gracja. A na jakich koniach pojedziecie, to już chyba nie ma wątpiliwości - będzie tak jak na zawodach, z tym, że Erik pojedzie na Senniku, a Tanya na Gracji. - tłumaczyła pani Roxanne.
***
Tuż przed startem nie obyło się bez "małego spięcia".
- Lizabette... Masz tyłek cały w spodniach - powiedziała Lenore.
- Łał, dopiero to zauważyłaś? Brawo - odgryzła się Liz.
- Żal - podsumowała i wsiadła na konia.
Jeszcze rano Tanya tłumaczyła Lizabette, żeby rzuciła zaklęcie na skrzydła - nikt ich nie zobaczy, oprócz wszystkich z mocą. Staną się niewidzialne. Lizabette nie do końca ufała Tanyi, ale przystała na propozycję założenia zwykłej bluzki na ramiączkach z dekoltem z tyłu. Miała nadzieję, że zaklęcie serio zadziała.
W końcu ruszyli, gdy przeszli do galopu, nie działo się za dobrze. Lenore rzuciła zaklęcie widoczności tam, gdzie jej nie ma, czyli przeskoczyła słupki na zakręcie i popędziła na plażę nad jezioro. A na torze było ją widać. Jednak Liz zauważyła, że Lenore się 'rozdwoiła' i zrobiła to samo. Gdy Erik to zobaczył, zrobił to samo, a Tanya też. Zostały tylko prawdziwe Keisha i Alyssa. Nie wiedziały co się dzieje - widziały "rozdwajające się" postacie. Pomyślały, że to zmyłka, i pogalopowały dalej.
Ale Lenore miała pewnien plan...

15

Stali na terakocie, boso i przyglądali się sobie. Na dworze było już ciemno, jedynie księżyc świecił na niebie. W końcu Erik odezwał się:
- Może lepiej już chodźmy... - Lizabette się nie odezwała, tylko pokręciła głową. - To ja już idę, tylko nie rób nic niebezpiecznego, proszę.
- Okej... - powiedziała zachrypłym głosem.
 Gdy tylko Erik przeszedł przez próg, zgasło światło. Lizabette tego nie zauważyła, stała tyłem do drzwi. Nagle chłopak ujrzał iskierki, czerwone iskierki - iskierki miłości lub pożądania. Zanim zdążył coś w ogóle pomyśleć, okrążyły go. Wtedy w czerwonej poświacie ukazała się Lenore. Nikt tego nie widział - najprawdopodobniej dziewczyny weszły w trans, przez magię Lenore.
Jednak Lizabette zachowała czujność. W końcu się odwróciła, gdyż chciała wejść. Niestety nie mogła - drzwi były zatrzaśnięte. Mieniły się czerwonym blaskiem.
O co chodzi? Czy to coś może znaczyć? Tam jest ciemno! Chwila... Czerwone światło?! - myślała gorączkowo Lizabette. Bała się, że to coś nie tak, skoro drzwi się zatrzasnęły, a w środku, przez szybkę, było widac czerwone światło. Chciała wejść. Nie widziała nikogo w środku, oślepiał ją blask światła. Zapukała. Nikt nie podszedł. Zrezygnowana postanowiła użyć magii. Osłabła nieco, ale po kilku sekundach wróciła do przytomności, próbując znów. Udało się, drzi się otwarły, ale...
Ale co to ma znaczyć?! - Lizabette była naprawdę zdziwiona i jednocześnie zdenerwowana. Co oni robili?! Na paluszkach podeszła do nich, by ich rozpoznać - niestety jej obawy się sprawdziły - to byli Erik i Lenore! Nie wiedziała, jak zareagować. Czy uderzyć Erika, czy raczej Lenore. Pomyślała, że lepiej walczyć z czarownicą - Erik może nie wiedzieć, co robi, być pod wpływem czarów. Nie znała się jeszcze na tm na tyle dobrze, by wyciągac wnioski. W końcu oprzytomniała i ...
- Lizabette, oh, Lizabette! Patrz! Patrz, Erik mnie kocha! A ty jesteś tą dzi***.. Która... Ahh. - odsunęła Erika, który nagle osunął się na ziemię.
- Erik! - Liz podbiegła do niego i przyłożyła rękę do jego szyi - nie czuła tętna, jedynie magię pulsującą mu pod skórą. - Co ty mu zrobiłaś!?
- Spokojnie. Nic mu nie zrobiłam. Jedynie go uwiodłam i on sam, z podniecenia się osunął. Pff.
- Przestań! To nieprawda! Zaczarowałaś go! On nie mógł z własnej woli ciebie... Nie! - krzyknęła, bo Lenore skierowała na nią iskry. Nie zdążyła nawet się schylić. Iskry dopadły ją i nie było już odwrotu. To była magia usypiająca. Jest bardzo silna, kto rzucił to zaklęcie, sam mógł sobie coś zrobić. Ale Lenore nic się nie stało. Zapaliła z powrotem światło i pomalowała sobie usta czerwoną szminką, pocałowała w policzek Erika, a następnie wytarła usta i usiadła na swoim łóżku. Szepnęła sama do siebie:
-Musi być jakiś ślad.
Po chwili wszyscy się obudzili. Na początku byli oszołomieni, rozglądali się dookoła. Po chwili wszystko się im przypomniało. Nawet dziewczynom. To nie był zwykły trans. Coś podobnego do OOBE, ale utworzony magią.
- Co to, cholerciaa... o jejczyk, Erik, Lizabette! Wy, kjurdę, nie wyglądacie najlepiej! - powiedziała Tanya.
- Tanya! Boże, ty żyjesz! Lenore was zaczarowała? - zapytała Liz.
-Eee, hm... Chyba tak.
Erik podbiegł do Lizabette.
- Lizabette... Ja cię przepraszam...
- Nie przepraszaj. Wiem, co się stało. Ale jakim cudem to zapamiętaliście?!
-Tak już jest po prostu. - odezwała się Alyssa. - Spojrzała na zegarek. - Ej, już jest wpół do pierwszej, chyba musimy już się położyć.
-Dobry pomysł. - Położyli się do łóżek.

14

Niedługo potem wszyscy zjawili się na dużą ujeżdżalnię. Panie kazały kolejno galopować po drążkach, kłusować w półsiadzie, a następnie kłusować na oklep, po zdjęciu siodeł. Nikt nie wiedział, co będzie na zawodach.Po dwóch godzinach wszyscy ruszyli w teren; okazało się, że tam będą zawody. Wielki plac był ogrodzony drzewami i słupkami. Porozstawiane były pachołki do slalomu, tabliczki z poleceniami typu: galop w półsiadzie, prawidłowo: 10 punktów, itp. Ustawiono konie przy słupkach. Jeźdźcy mieli chwilę na rozluźnienie, pogadanie sobie... Liz podeszła do Erika:
-Denerwujesz się?
-Nie... Powodzenia.
-Tobie też. - odpowiedziała, gdy rozległ się dźwięk gwizdka oznajmującego o przygotowaniu do startu. Każdy wsiadł na konia. Pani Lilianna komenderowała.
-Do kłusu... Gotowi... Start! - i pierwsza ruszyła Lenore na Marice. Pozostali jeszcze przechodzili ze stępa do kłusa. Lenore minęła tabliczkę "Pierwszy slalom w kłusie, prawidłowo: 20 punktów". Szło jej całkiem nieźle. Regulamin zawodów pozwalał na przyspieszenie galopem, lecz nie w momencie pokonywania przeszkody czy polecenia. Lizabette dogoniła jakoś Lenore i wyprzedziła ją, gdyż jej Kwadra kłusowała szybciej od Mariki. Za nimi byli Erik, Tanya, Keisha i Alyssa ostatnia.
W pewnym momencie Lenore, widząc wyprzedzającą ją Tanyę, wyciągnęła rekę w jej kierunku. Lizabette wtedy odwróciła się w jej kierunku, szeptając do niej "Uważaj, czary!". Niestety tamta nie zareagowała w porę i spadła z Sennika, który zatrzymał się. Tanya prędko zeszła z toru.
-Oł shit! Kurcze balans, masakra, kjurdę. - strzelała neologizmami sama do siebie. Jej różowe bryczesy były całe w błocie. Dobiegła do Sennika i ponownie go dosiadła, będąc ostatnia. Keisha była już trzecia, Erik czwarty, a Alyssa przedostatnia. Nagle Lenore wyprzedziła Lizabette i przeszła do galopu w półsiadzie, mijając taką tabliczkę. Lizabette wiedziała, że nie można używać czarów, ale nie mogła nic więcej zrobić. Lenore chciała tym razem zrzucić wszystkich z grzbietów. Lizabette nie mogła do tego dopuścić. Zaczarowała Marikę, która przeszła do kłusa, mimo że nie skończyła jeszcze wykonywać polecenia z tabliczki. Tym samym Lenore straciła dwadzieścia punktów. Czyli miała zero. Za spadnięcie z konia również się odejmuje punkty. Wykonywali polecenia. Na ostatniej prostej, gdzie już był tylko wyścig, rozpoczęła się zaciekła walka. Wszystkie konie skupiły się w jeden rząd, jedną grupę. Lizabette była w samym środku, nieco z tyłu. Nie mogła za nic wybić się do przodu. Pomyślała, że to Lenore wygra - była na samym czele. Zostało już tyko 13 metrów do końca. Przegrałam. Będę ostatnia.
Nagle zobaczyła znów małą Alyssę. A przecież "duża" Alyssa biegła obok. Nie rozumiała nic. Mała istotka zbliżyła się do uszu Kwadry i szepnęła:
- Kwadruniu... W tamtym roku byłaś ostatnia. Chcesz by tak było w tym roku? Proszę. Przyspiesz, wybij się. To już końcówka. Liczą się tylko sekundy. - wytłumaczyła zwierzęciu, a następnie zniknęła. Kwadra przyspieszyła. Ominęła resztę z drugiej strony i cwałowała. Lizabette wiedziała, że to sprawka Alyssy, tej małej, ale bała się tego cwału. Jednak przeszła do półsiadu i zgrabnie przekroczyła metę jako pierwsza. Gdy wszyscy się zatrzymali, byli pod wrażeniem, ale nie Lenore.
- Gratulacje, Lizabette! Kwadra pokazała taką werwę, jakiej nie miała od lat. To wszystko dzięki tobie. - Lizabette otrzymała medal, za co wdzięcznie podziękowała. - Otóż ... Hm, tu chyba będzie remis. Zobaczmy na fotokomórce, hm, mamy ją od dopiero dwóch lat. O. Jednak remisu nie ma. Trzecie miejsce zajmuje Lenore, a Erik wygrywa dosłownie o czubek nosa. Pozostałe miejsca to: czwarte dla Alyssy, piąte dla Tanyi i szóste dla Keishy. I jak podobało wam się? - mówiła pani Roxanne.
- Oczywiście, to była dosłownie rewelacja, te zawody. - powiedziała Keisha. - Może szkoda, że byłam ostatnia, ale i tak się cieszę że mogłam wziąć udział w czymś takim.
- Ja to jestem wniebowzięta. Uczciwa walka popłaca. - w tym momencie odwróciła się do Lenore.
- Świetnie. No to chodźcie wszyscy do boksów, wyczyśćcie konie i wypuśćcie na pastwisko. Potem będzie obiad.
***
Gdy już było po obiedzie, nastolatkowie wyszli na podwórko, by pograć w siatkówkę. Tu jednocześnie były też zwierzenia. Okazało się, że każdy ma tu moc. Ta siatkówka była niezwykła - piłkę kierowano czarami. Nikt z dorosłych się nie patrzył, więc było bezpiecznie. Grali kilka setów po 30 punktów. W koncu zaczęło się ściemniać. Poszli na kolację. Gdy już nadszedł czas na mycie się, panie oznajmiły, że dziś gaszą światła po pierwszej. Był więc czas na "cichą zabawę".
Niestety nie dla Lenore i Lizabette. Panie również dodały, że dzisiaj wszyscy przenoszą rzeczy do dużej sypialni dla wszystkich. No cóż, trzeba było się słuchać. Jacyś goście przyjeżdżają i chcieli pokoje dwuosobowe. Było już naprawdę późno, wszyscy w piżamach. Bawili się magią. Każdy był czymś zajęty. oprócz dwóch dziewczyn...
- Ty szmato! Oszukiwałaś! - Lenore popchnęła Liz na ścianę.
-Nie, nic podobnego! Nic nie oszukiwałam. To ty byłas winna wszystkim porażkom!
- Kurde, jak jeszcze raz coś takiego o mnie powiesz, to wylecisz przez okno! - To już nie były żarty. Erik usłyszał wszystko i chciał je rozdzielić z kłótni. Reszta sie przyglądała.
- Dziewczyny, dosyć. To nie czas na docinki i groźby. Jest późno, zaraz nas usłyszą.
- Oj, Erik, przestań... My tylko tak chwileczkę. No okej, upiekło ci się - zwróciła się do Lizabette, zalotnie mrugnęła do Erika i usiadła na swoim łóżku. W pokoju był balkon. Lizabette tam wyszła, a z jej palców tryskały iskry. To nie oznaczało nic dobrego. Była zbulwersowana. Balkon był wysoko, gdyby się jeszcze zwaliła...
- Lizabette! - dobiegl do niej i Keisha szybko zamnkęła drzwi.
- Scena balkonowa - zachichotała. - No, czy nasz Romeo wreszcie pocałuje Julię?
- Zamknij się idiotko. - powiedziała Lenore.
Na balkonie byli tylko oni we dwoje. Dziewczyny przyglądały się zza szyby, z pewnej odległości. Oni nic o tym nie wiedzieli.
- Lizabette, proszę...
- Zamknij się. G*wno wiesz o życiu! Wcinasz się między nas, mogła wreszcie mnie spróbować zniszczyć, a wtedy reszta wiedziałaby, że byłam bohaterką jakiejś tragedii! - była wściekła, na wszystkich, wszystko miala gdzieś, nie cieszyła ją już wygrana. Lenore postawiła na swoim. Że ją zniszczy. Czuła napływ obcej magii, najprawdopodobniej Lenore. Chciała zginąć tu. Z wysokości. I nie rozsunąć skrzydeł. Miała dość. Łzy jej zaczeły kapać. Nadal krzyczała.
- Upokój się... - i pocałował ją w usta.