10

Gdy poszła, Liz i Erik wymienili zdziwione spojrzenia. Spotkali panią Liliannę.
-Hej! Za 10 minut będzie zbiórka na ujeżdżalni. Tam wszystko powiem o zawodach.
I wyszla. Poszli do stajni. Gdy tylko Liz przekroczyla prog, upadla w siano.
- Nic ci nie jest?
-Niee.. - otrzepala sie i wstala.
Po chwili siano, ktore strzepala zaczelo zmieniac kolor na bialy i swiecic. Lizabette ukucnela i zaczela sie przygladac.
- O co chodzi? Dlaczego tak sie stalo?
- Jesli masz cos drobnego na sobie, a masz wtedy przyplyw magii, bo mozesz go wcale nie czuc, i wtedy to szybko z siebie zdejmiesz, usuniesz itp. to wtedy to cos przybiera kolor bialy i swieci, jak teraz. To znak, ze niedlugo sie uskrzydlisz.
- Jak to uskrzydle?
-Znaczy ze wyrosna ci skrzydla. Sa zawsze piekne. Jak u aniola. Ale nie wiem jakiego bedziesz miala koloru. Nigdy nie widzialem skrzydel polowek. U jasnych sa biale lub kremowe, u ciemnych czarne. Moze bedziesz miala szare?- smial sie.
- A one beda juz na zawsze? - zaniepokoila sie.
-Nie. Sa one raz na miesiac i masz je trzy tygodnie. Potem miesiac przerwy i znow trzy tygodnie. - zamilkl, lecz po chwili dodal :- To bezbolesne.
- Skad wiedziales ze takie pytanie nasunie mi sie na mysl?
- Uiem czytac w myslach. Chodzmy na ujezdzalnie.
***
- Okej. Wszyscy sa, wiec zaczynam. Jutto o 16.00 beda mini zawody. Kazdy ma odpowiedni stroj? Mam nadzieje. Lista wisi w siodlarni, ale przeczytam jeszcze raz, jakiego kto dostal konia. Lizabette- Kwadra. Lenore- Marika. Erik- Gracja. Keisha- Antygona. Alyssa - Lilia,  Tanya - Sennik. Musicie przygotowac solidnie konie. Jutro je wam przygotujemy. Waszym zadaniem bedzie ozdoba. I u niektorych czyszczenie. Mozecie sie rozejsc.
Erik podszedl do Liz i zapytal.
. Przejdziemy sie nad rzeke"?
***
Stali nad brzegiem.  Przygladali sie chwile wodzie, a po chwili cisze przerwal szept Erika :
- Podobasz mi sie... Nigdy jeszcze nie spotkalem takiej  boskiej czarodziejki.  -  Objal ja i musnal kciukiem jej policzek. - Jestes wyjatkowa.  

9

Wracali piechota juz dosyc dlugo, gdyz przytrzymywali sie co chwile. Smiali sie i zartowali. Po pewnym czasie Liz przypomniala sobie o Tanyi. Dlaczego nie bylo jej na lekcji i na przejazdzce? Panie chyba powinny to zauwazyc.
-Lizabette! Erik!!! Chodzcie, szybko! - ledwie weszli do domu, z siodlarni dobyl sie wrzask radosci Tanyi.
-Co sie stalo? - zapytali niemal jednoczesnie.
- Jutro beda mini zawody!!! Panie kazaly nam pocwiczyc... I wiecie co?! Kazdy ma przygotowac konia jak do prawdziwych zawodow!!! Czyli warkocze, wstazki.... Jutro o 16. Dzisiaj tylko cwiczenia. A i powiedzialy, ze mamy dzisiaj rano z konmi wszystkimi w stajni zrobic porzadek... A jutro tez. Plus ozdobienie naszych koni, aha bedzie losowanie na konia!! Zaraz!! Wiec chodzmy ma gore, jupi!!! 

8

Po kolacji dziewczyny powiedziały, że idą wyczyścić konie w stajni, bo to było w ich rozpisce. Erik miał dać koniom paszy, ale nie chciało mu się. Tanya zrozumiała, że pewnie wolałby iść z Liz nad rzekę. Zaoferowała się i oświadczyła, że zrobi to za niego. To samo do Lizabette - chciała, żeby dziewczyna poszła z Erikiem. - Hej, Erik! Ja zrobię to za ciebie! Tak wyjątkowo, lubię dawać koniom paszy. Zaraz przyjdę dziewczyny! - Pobiegła na górę do Liz. - Hej, Lizabette! Mogę za ciebie wyczyścić Lilię i Marikę! Tak wyjątkowo, lubię czyścić konie. To ja lecę, paa ! - Tak szybko wybiegła, że Liz nie zdążyła odpowiedzieć.
Dzięki... Ale coś mi się wydaje, że coś kombinujesz..
Po chwili wyszła, uznając że nie ma nic do roboty w pustym pokoju. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, usłyszała Erika.
-Liz!! Poczekaj. - Podbiegł do niej. - Idziesz do stajni?
-Tanya powiedziała, że za mnie wykona robotę. A co, ty nie idziesz?
-Mi też tak powiedziała. Ale to chyba dobrze, nie? Pójdziesz ze mną nad rzekę?
-Hmm... Okej, w sumie czemu nie.
Szli ścieżką i po paru minutach byli na miejscu. Nawet przystojny jest... -pomyślała. Usiedli na piasku.
- Od kiedy jeździsz konno?- zapytał.
- Od jakichś siedmiu, ośmiu lat. Jak miałam 8 lat, to mniej więcej wtedy nauczyłam się jeździć jako tako. Ale pierwszej lekcji nie pamiętam. A ty?
- Ja trochę wcześniej... Chyba jak miałem 6 lat, to zacząłem. Ale tak powoli... Jeździłem stępem na lonży..  Potem kłusem próbowałem, ale miałem niezłego stracha. Jak miałem osiem lat, to spróbowałem galopu.... Spadlem i złamałem rękę. Nie jeździłem potem jakieś 3 lata, bo się bałem.-  Przysunał się bliżej, że stykali się ramionami. - Co powiesz na jutrzejszy wypad do centrum miasteczka na lody?
- Fajnie by było. Ale tylko my, czy kogoś bierzemy?
- Jeśli chcesz, możemy wziąć Tanyę.
Rozmawiali potem jeszcze o koniach ze stadniny, o jeździe... Liz miała wrażenie, że jest pod wpływem magii, ale to chyba tak tylko z szoku po wszystkim dzisiaj. Była dosyć silną osobą, po zobaczeniu magii w praktyce uwierzyła całkowicie i już nie zaprzątała sobie głowy tym. Wolała się skupić na obozie, na lekcjach i na Eriku... Bo cóż, chłopak ewidentnie ją podrywał i ona sama coś do niego czuje...
-Hm... Ty serio jesteś czarodziejem?- zmieniła temat.
-Tak... Ale skąd ty o tym wiesz? Ktoś ci powiedział? Nie mogłaś się chyba sama domyślić... Nie masz umiejętności czytania osobowości.
-Eee... - Zamiast skupić się na odpowiedzi, zaczęła myśleć o tej tajemniczej umiejętności. - Co mówiłeś?
- Skąd wiesz, że jestem czarodziejem?
-Hm... Tanya mi powiedziała... Ale wiem, że ja nią też jestem i Lenore też. Grono połówek... Tylko jednego nie rozumiem...
-Czego?
- Dzień przed obozem śniło mi się coś dziwnego... Szłam przez las, w nocy. Nagle ktoś chwycił mnie i porwał do jakiejś rudery.... Było tam pełno piór na posadzce. Drzwi znikły i... ten ktoś zaczął mnie ganiać i.. i zdarł ze mnie bluzkę... i mówił że ich nie mam...- była bliska płaczu, ten sen był dla niej wstrząsający.- I... i to było straszne...- zaczęła szlochać.
-Uspokuj się... To był tylko sen...
To nie był sen, to była Twoja przyszłość, Lizabette. Niedługo ją poznasz...

7

-Okej kochani... Dzisiaj spróbujecie jechać w galopie w półsiadzie. Jest to trudne, ale niedługo będzie wam potrzebne do nauki skoków. Czy ktoś się boi? Jeśli tak, to nie musi wykonywać ćwiczenia.
-Ja... Trochę...- odezwała się Lizabette. Wprawdzie miała za sobą galop na oklep... Jechała zadowolona tak przed chwilą i niczego się nie bała. Teraz wolała już zobaczyć ducha niż tak pojechać.
-No co ty!- wtrącił się Erik- Przed chwilą jechałaś galopem, i to na oklep, a teraz boisz się czegoś tak prostego?!
-Jechałaś galopem na oklep?- zapytała instruktorka.
-Tak... Ale nie sama... Ze mną jechał Erik.
-Gratuluję odwagi, gdyż galop na oklep jest trudny i większość boi się go spróbować, jeśli jest to pierwszy raz. Skoro utrzymałaś się na Lilii, a wiesz, jest trochę narwana, to na sto procent uda ci się to bez większego wysiłku. Chodź, ty jedna będziesz siedzieć i patrzeć?- namawiała.
-Dobrze...
Lenore, dwie dziewczyny o imieniu Keisha i Alyssa (mówiły tak do siebie, chyba przyjaciółki), Erik i Liz osiodłali konie, a następnie udali się na czworobok. Gdy pani przyszła, wsiedli i rozstępowali konie (mimo ze Lilia już była rozstępowana), zakłusowali....
I po kolei, półsiad, kilka wolt, ćwiczenie do skoków (po drągach), jazda bez strzemion, galop... I wreszcie nadszedł czas na półsiad w galopie... Wszyscy spróbowali, ale nie umieli się utrzymać. Usiedli... Jeszcze raz. Męczyli się do skutku... I udało się!! Zrobili kilka kółek, przeszli do szybkiego kłusa... I zwalniali aż do stępa. Pani poszła na chwilę do stajni. Zapanowało zdenerwowanie- może będą jechać w terenie?
    Po jakichś dziesięciu minutach przyjechała pani i otworzyła bramkę (siedząc na koniu, Lizabette zawsze to fascynowało, to trudne).
-Dobrze, wyjeżdżamy, pierwsza jedzie Lilia z Lizabette, druga Kwadra z Alyssą, trzeci Sennik z Erikiem, Marika z Lenore, Gracja z Keishą. Ostatnia zaraz dojedzie pani Lilianna, poczekajcie tutaj. Poprawcie strzemiona, toczki... Będziemy jeździć jakąś godzinę.
Minęło kilka minut i pojawiła się pani Lilianna. Lilia to jej koń, można się domyślić.
-Możemy ruszać.
Wyjechali z bramy, skierowali się do lasu. Gdy odłączyli się od ścieżki, zakłusowali i po 10 minutach ruszyli galopem. Niedaleko była przeszkoda. Leżało tam drzewo, małe, ale pani nie chciała, by niedoświadczeni skakali.
-Wyprzedźcie mnie z panią Lilianną, zatrzymajcie się na polance obok tego pnia. Zobaczcie jak się skacze i zapamiętajcie moje ruchy. Będzie wam potem łatwiej się nauczyć. Najpierw robi się półsiad i nogi przesuwa się do popręgu... Zresztą sami zobaczcie. Zwolniła do kłusa, a Lizabette miała za zadanie w galopie sprowadzić konie na polanę. Na szczęście posłuchały się. Przeszła do kłusa, gdy była blisko, zwolniła i zatrzymała się, z nią reszta. Zsiedli i przyglądali się.
Pani Marlena zagalopowała. Następnie przyspieszyła, zbliżając się do przeszkody i... przeskoczyła ją! Wszyscy oprócz pani Lilianny byli zachwyceni tym skokiem. Niesamowite są skoki, dla większości jeźdźców są najbardziej podniecające z całej jazdy konnej.
-Roxanna, Lenore powiedziała, że umie skakać i chciałaby spróbować.
-Oj nie wiem... Może lepiej nie teraz, Lenore. Na ujeżdżalni pokażesz. Boję się,że zachaczysz o pień, a w najgorszym przypadku wtedy nie uda ci się wykonać skoku i koń cię przygniecie.
-Już wpół do dziewiętnastej.. Jeśli teraz ruszymy, będziemy punktualnie na kolację- zauważyła Alyssa i pokazała zegarek na ręce.
-Więc wracajmy. Po kolacji będziecie mogli jeszcze wybrać się nad jezioro, ale weźcie komórki i idą tam co najmniej dwie osoby. Wsiadamy. Teraz jedziemy w odwrotnej kolejności.
    Pół godziny potem wjeżdżali już przez bramę do stadniny. Rozsiodłali szybko konie, zdjęli ogłowia i wprowadzili je do boksów. Pobiegli umyć ręce i poszli na kolację.

6

Usłyszała nagle stukot kopyt. Za nią. Galop. Hm, pewnie wybrali się na wycieczkę beze mnie. Fajnie. Pierwszy dzień obozu zmarnowany.
-Kłus.- Ten głos wydał jej się znajomy... Czy to nie ten chłopak? Obejrzała się. Tak, to był on. Na pięknym kasztanowatym koniu trakeńskim. Teraz zwolniał konia do stępa. Dziewczyna stanęła i jakby zahipnotyzowana patrzyła się na niego. Gdy znalazł się tuż przy niej, zatrzymał się.
-Wsiadaj, jeszcze kawał drogi do stadniny.
-Na oklep? Jechałeś na oklep galopem?- zapytała z niedowierzaniem.
-Tak, wsiadaj, zobaczysz.
-Niee... Boję się... - Mrugnęła kilka razy, żeby sprawdzić, czy to nie jakiś głupi sen. Nie, to rzeczywistość.
-Wsiadaj, to obóz dla zaawansowanych, więc niedługo będziesz próbować. Jeśli się boisz, będziesz kierować, ja będę z tyłu.- Zeskoczył.
-Eee... No nie wiem... Rzeczywiście jest trochę daleko... No dobra... Niech ci będzie.
Wsiadła i gdy on znalazł się za nią, ścisnęła konia łydką i ruszyli. Po jakichś stu metrach zakłusowała. Wiedziała, ze się martwią, więc jeszcze raz ścisnęła konia, cofając jedną łydkę do tyłu. Przestraszyła się, więc krzyknęła. Tak, jechała galopem.
-Nie bój się, nie spadniesz.- Dopiero teraz poczuła, że blondyn trzyma ją mocno, aż... za mocno.
-Puść mnie, sama umiem.- Widać już było ośrodek. Po chwili wjeżdżała przez bramę, zakłopotana, bo wszyscy czekający na jazdę się na nią patrzyli. Tanya nawet się odezwała, i to w dodatku bardziej ją zażenowując.
-Oo, Lizabette! My cię wszędzie szukamy, martwimy się, a ty sobie ot tak wjeżdzasz na rumaczku i to razem z superprzystojniakiem! Oj, Liz... Niegrzeczna dziewczynka!
-Przestań...- Zachichotała.- Ja po prostu... Pojeździłam sobie...
-No to masz farta, że wróciłaś, bo gdybyś nie przyszła na jazdę, byś nie jeździła... Oo, a ty możesz mi już oddać Lizabette? Rozumiem, że ci się podoba, ale nie musisz mi jej konfiskować na cały dzień!- Teraz zwróciła się do niego. Żartobliwie, ale już lekko wkurzająco. - Okej, Erik my już idziemy.

5

Otworzyła oczy- należała do grona osób, które potrafią widzieć pod wodą. Ku jej zdziwieniu zobaczyła... blondyna z jej snów. Zamknęła oczy.
***
Obudziła się leżąc na ziemi pod wielkim dębem i to w dodatku tuż przy tajemniczym chłopaku.
-Nic ci nie jest?- zapytał. Zerwała się na nogi, wyraźnie wkurzona.
-Jak to co mi nie jest?! Rozmawiam sobie z koleżanką przez telefon, i tu nagle łapie mnie coś za nogi! Telefon został, na pewno długo mnie już tam nie ma i mnie szukają! A ty, do jasnej cholery, jeszcze się lampisz na mnie i pytasz, czy nic mi nie jest?!
-No już, już spokojnie.... Uspokój się... Tu masz swój telefon. Nic ci nie będzie. Jesteś mi potrzebna.
-Coo? Ja ci jestem potrzebna?! To czego kurde zwalasz mnie do lodowatej wody zamiast po prostu podejść do mnie i powiedzieć?! Ooo nie... Nie ma tak. Idę i mam cię gdzieś, i to, że jestem ci potrzebna! Ehe, będziesz teraz udawał że nic się nie stało... Taak, nie znam w ogóle cię i w ogóle nie chcę cię znać!- Dopiero teraz dotarło do niej, że się powtórzyła i powiedziała głupotę. Mimo tego odwróciła się na pięcie i poszła przed siebie.
     Zbliżała się właśnie do drogi prowadzącej do stadniny i zastanawiała się gdzie była. Zapomniała zupełnie o tamtych wydarzeniach, jakby to były jakieś czary...

4

Zaczęła się rozpakowywać. Wyciągnęła parę rzeczy, ale nie dała rady już więcej, zmęczona. Bo tak, było już popołudnie.
-Widzę, że nie znasz swoich możliwości? Patrz.- położyła swoją torbę na środku pokoju i podniosła ręce do góry. Zamknęła oczy i jej twarz nabrała wyrazu skupienia. Włosy uniosły się jej do góry i zaczęły falować. Nagle coś zaczęło wychodzić z jej dłoni... taki jakby pyłek... i oplotło torbę.
-Do szafek.- zakomenderowała Tanya. O dziwo ciuchy, rzeczy, buty zaczęły wychodzić z kieszonek i przegródek, lądując na półkach. Niesamowite. Ale Tanya upadła po skończeniu czarów. Natychmiast podbiegła do niej.
-Tanya, nic ci nie jest?
-Nie, po prostu czasem się zdarza po wykonaniu trudnego zaklęcia. Takiego dłuższego. Najpoważniejszym skutkiem jest nieprzytomność, a nawet utrata mocy na kilka dni.
-Aha. Ja też tak mogę zrobić?
-Możesz. Spróbuj. Ale nie wiem czy ci się to uda, bo każdej czarodziejce inaczej to wychodzi.
-Okej. -Skupiła się i zrobiła to samo co Tanya. Włosy jej się naprężyły, pył wyszedł z dłoni, ale... spadł na podłogę.  Jej fryzura się nastroszyła, jakby poraził ją prąd.
-Kurde! Miałaś rację. O matko, ale mi się kręci w głowie... - Zaczęła mdleć, na szczęście koleżanka ją złapała.- Oooch... Dzięki. Zawsze się tak dzieje?
-Za pierwszym razem tak. Nie udało ci się, musisz znaleźć inny sposób.- usta Lizabette otworzyły się, więc szybko dodała:-  Nie wiem, musisz coś wymyślić. Wiesz co, ja może zrobię to za ciebie, a ty np. pójdziesz na spacer?
-Jeśli nic ci się nie stanie, to okej.
***
Szła teraz drogą przy ośrodku. Gdy ogrodzenie się skończyło, zdjęła buty i szła boso. Niedaleko płynęła rzeka. I było kąpielisko. Ale dzisiaj było zimno i wietrznie- nikogo brak. Stanęła przy zaroślach i patrzyła na szybki nurt. Zadzwonił jej telefon.
-Halo?
-Przyjdź zaraz, będzie kolacja.- To głos Tanyi. W tej chwili coś złapało ją za nogi. Z zarośli. Krzyknęła i po kilku sekundach znalazła się z trzcinie. Miała wodę po ramiona. Była lodowata.- Hej, co się dzieje?
-Nic, nic. Zaraz przyjdę. - Rozłączyła się. Wyrzuciła telefon na brzeg, a właściwie na miejsce, gdzie przedtem stała.- Kto to?- jęknęła, ale zaraz znalazła się pod wodą. 

3

 -C co too byłoo?- ledwie wymówiła. Jednak Tanya wciąż leżała- widocznie była nieprzytomna. Wstała i podbiegła do niej. -Tanya, ocknij się! Nic ci nie jest? Tanya!!!-potrząsała jej głową, ale nic to nie dawało. Błagam, Tanya ocknij się i powiedz coś, bo zaraz ktoś przyjdzie i będzie na mnie! Położyła palce na jej szyi. Tętna brak. Czy ona nie żyje? Coś zaczęło się dziać... Jej włosy zaczęły się unosić, znowu, tak jak przedtem Tanyi. Tak jak w filmach... czarownicom?
Zamknęła oczy, błagając w myślach, by się ocknęła. Poczuła mrowienie pod palcami... I usłyszała ochrypnięty głos.
-Co ty Liz tak nade mną klęczysz? Nie czaruj mnie, nie trzeba.
-Tanya, ty żyjesz! Jak to mam cię nie czarować? Chyba naprawdę coś ci się stało. Może od uderzenia tak bredzisz...
-Od uderzenia? Twojej mocy? Nie, ja nie bredzę. Lizabette, jesteś jedną z najpotężniejszych czarodziejek. I przepraszam... że na ciebie się nadarłam. Poniosło mnie. Ale serio nie masz jeszcze skrzydeł?
-Ale... Jak to jestem czarodziejką? Możesz mi to wyjaśnić? Skrzydła...- po chwili przypomniał się jej sen. Czy ten chłopak był prawdziwy? A Tanya ma coś z nim wspólnego?
-No więc...Wiele lat temu istniały dwa rody czarodziejek. Jeden był rodziną mroczną, drugi tej dobrej mocy, jasnej.  Ty należysz do... hm... jesteś pomiędzy. Twój ojciec był  mroczny, matka jasna. Wiem, trochę to dziwnie brzmi, ale tak się nazywa rodzaj. Jesteś adoptowana. I jesteś jedną z kilku czarodziei pół mrocznych, pół jasnych na świecie
-No ale gdzie są moi rodzice?- przerwała.- I kto jest tymi czarodziejami?
-Twoi rodzice nie żyją. Zabito ich przez ten związek. Dwa rodzaje nie mogą łączyć się w paryinaczej.... byłby bałagan. Zresztą i tak już się zrobił. Każdy absolutnie przestrzegał tych reguł. Ale zdarzały się przypadki, kiedy jednak tego nie przestrzegano. I stąd te kilka połówek. A jedną z tych czarodziejek jest Lenore. I ja. I jeden taki chłopak na obozie, pewnie niedługo go poznasz.
-Czy grozi mi niebezpieczeństwo?- powiedziała drżącym głosem.
-Tak, ale mi i reszcie też.  Pytałaś się też o skrzydła? Skrzydła masz po to, by uciec przed niebezpieczeństwem- jednakże należy uważać, bo mogą zdradzić naszą moc. Sypią magicznym pyłem zapomnienia, ale nie zawsze to działa. I tylko dorośli umieją wzbić się w powietrze.
-A czemu Lenore mnie nienawidzi? Nie wiem o co jej chodzi, nic nie zrobiłam.
-Chyba dlatego, że powiększasz grono połówek- zaczęła się śmiać, ale po chwili przestała.- I wiesz, chyba jesteś potężniejsza od niej... No, to chyba wszystko. Jak masz pytania, to pytaj, ale dziś to starczy.
A jeśli ten chłopak z obozu to ten ze snu?

PROLOG & Rozdział 1

Lizabette Vardequilera. Szesnastoletnia dziewczyna o rudawych włosach, zielone oczy. Jest adoptowana, ciekawią ją jej korzenie, gdyż ma obce imię i nazwisko. Mieszka na Mazurach, z pozoru wiedzie zwykłe życie, ale... Od pierwszego obozu jeździeckiego rzeczywistość zaczyna nabierać innych barw...

Właśnie kładłam się spać. Spakowana i pełna entuzjazmu rozmyślałam, jak będzie na obozie. Jeżdżę od 3 lat, więc z lekcjami raczej nie będzie problemów. Jednak bałam się o znajomych na obozie. Ludzie z mojego gimnazjum, którzy razem ze mną skończyli naukę, rozeszli się każdy w swoją stronę. Życie dało mi kopa. Moje przyjaciółki przestały się do mnie odzywać, a ojciec rozwiódł się z matką. Planowałam iść do liceum w Olsztynie, jedynki. Niedługo po zakończeniu roku szkolnego przeprowadziłam się do innej miejscowości, bliżej przyszłego liceum. Może na obozie spotkam osoby, które pójdą do tej samej szkoły co ja? Zasnęłam.
   Szłam po lesie, w nocy. Czyżby to był sen? Usłyszałam szmer gdzieś w pobliżu. Zaczęłam się bać. Rozejrzałam się dookoła, jednak nikogo nie było. Nagle poczułam, jak ktoś mnie łapie.
- Lizabette? - usłyszałam męski głos.
- Ktoś ty? Puść mnie! - krzyknęłam przerażona.
- Nie bój się mnie, nic ci nie zrobię. Chodź ze mną.
- Ale kim ty jesteś? - po moim pytaniu nieznajomy zakrył mi usta dłonią i podniósł. 
Niósł mnie. Kopałam go, starałam się uciec. Jednak coś dziwnie trzymało mnie na miejscu. Jakby niewidzialne liny... Spojrzałam na chłopaka. Wyglądał na góra 20 lat, miał ciemne włosy i chyba niebieskie oczy. Dotarliśmy do jakiegoś domku. Przestraszyłam się, że zrobi mi krzywdę. Jednak postawił mnie na ziemi, gdy zamknął drzwi na klucz. Uspokajał mnie, że nic mi nie zrobi. Kazał pokazać jedynie plecy.
- Jak to? Jeśli je zobaczysz, wypuścisz mnie?
- Tak. Pokaż mi plecy.
Posłusznie odsłoniłam plecy, chłopak pomruczał coś i kazał opuścić mi bluzkę. Zapytał się o jakieś skrzydła. Odpowiedziałam, że nie wiem, o co chodzi, uciekłam, gdyż drzwi otworzyły się nagle.
   Zadzwonił budzik. Okazało się, że to był sen. Bardzo dziwny, choć ostatnio ciągle takie miewam. Była już dziesiąta. Za godzinę miała być zbiórka na obozie. Rozradowana, że to już dzisiaj, wyszykowałam się, zaniosłam torby do samochodu i mama mnie zawiozła.
***
Po pożegnaniu się z mamą podeszłam do grupki osób, w tym dwóch kobiet.
- To już wszyscy. Witam, ja nazywam się Lilianna Bruszewska, razem z panią Roksaną Nowak będziemy się wami opiekować - pani Lilianna wydawała się sympatyczna, tak samo jak pani Roksana. Była blondynką, o jasnej karnacji, ubraną w koszulę w kratkę i czarne bryczesy. Druga była średniego wzrostu, miała zielone oczy i kasztanowate włosy.
- Niektórzy byli już na naszych obozach, ale powtórzę nasze reguły nowicjuszom - tym razem przemawiała pani Roksana. -Wasza piątka będzie mieszkać w jednym, dużym pokoju na poddaszu, mamy dwie łazienki, oj, co ja wam teraz będę gadać, zaraz was oprowadzę. Erik i Tanya, możecie zostać w pokoju, chyba że chcecie się z nami przejść.
- Zostaniemy - powiedział Erik. Przypominał on mi tamtego chłopaka ze snu, nawet głos miał bardzo podobny, jeśli nie taki sam.
Po oprowadzeniu zaczęło mi się tu podobać. Jest tu staw, ośrodek jest bardzo duży, jeśli dobrze zapamiętałam, ma 3 duże pastwiska, z jednego jest bezpośrednie przejście na plażę nad jeziorem. Jest też kryta hala, jednak jest użytkowana tylko w dni z brzydką pogodą. W stajni jest dwadzieścia boksów, z czego 9 jest zajętych. Łazienki są duże, jest też dostęp do małej kuchni i salonu z dużym telewizorem. Można wszędzie chodzić, do stajni, siodlarni... Cały obiekt jest monitorowany, brzmi ciekawie. No i ludzie wydają się fajni. W pokoju wszyscy byli już poznani, mieliśmy czas wolny do 18, czyli niecałe 7 godzin. Pani Lilianna wywiesiła plan:
8.00 pobudka
8.30 śniadanie
10.00 jazda konna
11.30 pomoc w stajni
13.00 czas wolny
14.00 obiad
15.00 czas wolny
16.00 praca z końmi
17.00 zajęcia teoretyczne
18.00 niespodzianki
22.00 cisza nocna
Tanya Alva, szatynka o niebieskich oczach, podeszła do mnie.
- Hej! Ty też masz czarodziejskie nazwisko? - zapytała.
- Nie wiem, o co ci chodzi...
- Aham. To się dowiesz, ale to potem. Poznałaś się już z Erikiem? Z Alyssą, Keishą?
- Tak... Wy jesteście ze Stanów czy jak...?
- Dowiesz się. Nie bój się nas tylko, bo my tu robimy stowarzyszenie. 
- Aha, spoko... - Dziwna była z deczka, no ale co zrobię.
Rozpakowałam się, oni też. Było już blisko osiemnastej.
- Ej ludzie, słuchajcie - rozległ się głos Tanyi. - Zamknę drzwi na klucz, Alyssa i Keisha - wy jesteście wtajemniczone. Lizabette, jesteś gotowa na sporą dawkę emocji?
- No nie wiem, a o co chodzi? 
- Przeżyjesz szok - powiedziała Keisha ze śmiechem.
- Jesteś gotowa? - mrugnął do mnie Erik.
- Dobra. O co chodzi, mówcie. - Ale mnie zaciekawili.
- Jesteś czarodziejką! - wszyscy krzyknęli chórem.
- Jak to? Spoko, mogę być, ale myślałam, że to po prostu obóz jeździecki...
- Ty nie wiesz, o co nam chodzi... - powiedziała Alyssa.
Tanya zaczęła tłumaczyc.
- Słuchaj. Wiesz, dlaczego masz takie obce imię i nazwisko? Zastanawiałaś się nad tym?
- Jestem adoptowana i takie tam, ale nie znam swoich rodziców i nie wiem, jakie mam korzenie.
- Twoi rodzice najprawdopodobniej nie żyją. Jesteś czarodziejką, oni też nimi byli, zostali zabici za związek. Dlaczego? Bo twoja mama była jasna, a tata ciemny, lub odwrotnie. Ciemny, jasny to rodzaj czarodzieja. Kiedyś było zakazane łączenie się w pary dwóch rodzajów. W taki sposób postały tzw. połówki, którymi jesteśmy: ja, ty, Erik. Alyssa jest jasna, Keisha ciemna. Mamy również czarodziejską moc. Zademonstrować?
- Dobrze... Chociaż i tak jest to dla mnie niemożliwe...
Tanya pomachała ręką, wyleciały z niej iskry, obtoczyły książkę leżącą na łóżku Tanyi, i przyleciała na moje kolana.
- Niesamowite... Ja też tak potrafię? - wzięłam książkę do ręki.
- Tak, ale musisz uwierzyć mocno w swoją moc, napiąć mięśnie dłoni i je rozluźnić, a także pomyśleć o tym, co chcesz zrobić. Na początku może ci się nie udawać. W tej książce masz wszystko co do joty opisane. Wierzysz nam? - zapytała Tanya.
- Wierzę. - Odparłam niepewnie.
- Nikomu nie mów o tym, nawet mamie, tej przybranej. Nikomu. -  powiedziała Keisha.
Spróbowałam zaczarować książkę na moim łóżku, wyleciało rzeczywiście kilka iskier, jednak nic się nie stało.
- Niesamowite...
- Wszystko jest w porządku? - zapytał Erik, dziewczyny wyszły, a on usiadł obok mnie.
- Tak, tak. To prawda z tymi czarodziejami? To jest takie... nierealne...
- Tak, to jest prawda. Mam też dla ciebie bardzo ważną wiadomość. Nie wiem, czy jesteś na to gotowa.
- Jestem, mów. - odpowiedziałam.
- Czarodzieje i czarodziejki już w dniu urodzenia mają przydzielone, z kim mają się związać na całe życie. Czy chcą tego, czy nie. Wszystko jest uwarunkowane magią i genetyką, by panował porządek w krainie magicznej w Drugim Wymiarze, Faeriewall. Niedługo mogę cię tam zabrać.
- Dobra, ale o co chodzi, z tą wiadomością.
- W dokumentach Faeriewall jest zapisane, że jesteśmy...
- Jesteśmy? - ciągnęłam go za język.
- Zaręczeni.
- Jak to. Niemożliwe...! - Teraz już niczego nie rozumiałam.
- Możliwe. Dowiedziałem się o tym miesiąc temu, sam się zdziwiłem, bo nie jesteś związana z moją rodziną. I cię nie znałem, rzecz jasna. Myślisz, że to fajne, kiedy dowiadujesz się, że twoja wybranka nie ma pojęcia o magii? Muszę cię wszystkiego uczyć, bo nie masz rodziców... - westchnął.
- Przykro mi. To obowiązek?
- Tak. Mam nadzieję, że przynajmniej magia nam pomoże się związać już konkretnie.
- Czyli?
- No więc, gdy dwie pary, które są sobie przeznaczone poznają się, zaczyna automatycznie działać magia przyciągająca. Musisz się jej poddać, ja też. W ten sposób mimowolnie zakochujemy się w sobie, ale tylko trochę. Ona tylko nas rozkręca, nie ingeruje zbyt mocno w nasze życie uczuciowe. Zabrzmi to nienormalnie, ale po pierwszym flircie nie działa już magia, ale nie ma odwrotu.
- Ahaa... Nie no spoko, ale zabiję was, jeśli okaże się, że mnie wkręcacie. - Zaśmiałam się.
- Tylko nasza grupka jest czarodziejami, panie i reszta nie. W tej okolicy jesteśmy jedynymi istotami poza ludźmi i zwierzakami.
Zajrzałam do książki, akurat trafiłam na fragment o mowie ciała czarodziejów.  
- Trzymając czarodziejkę za rękę, oznajmują, że podoba się im spędzanie czasu z nią.
Erik złapał mnie za dłoń. Zaczęliśmy się śmiać. Czytałam dalej:
 - Kiedy całują czarodziejkę, objaśniają, że są zaręczeni. - Spojrzałam się na niego, poruszając brwiami, dla śmiechu, a on zbliżył się do mnie, jakby serio miał to zrobić, ale odsunął się i zaczął się znowu chichrać.
- Zobacz to! - złapał mnie za ramiona i przewróciliśmy się na łóżko. 
- Kiedy czarodziej kładzie się obok swej wybranki, oznacza to, że - przerwałam, bo Erik zasłonił mi palcem.
- Jak myślisz? - Głupio się śmiał, haha.
- Że ten tego? O Boże. - Hahaha. Odsłonił. - ...że kocha swoją wybrankę. Zawsze spoko, nie wiedziałam, że już!
- No jeszcze nie, przecież żartuję. 
- Nienormalne to jest, ta mowa ciała.
- Przytul się do mnie. - powiedział nagle, z podejrzanym uśmieszkiem.
- Czemu? - Przytuliłam się, sam zresztą mnie przyciągnął. Czytam. - Oznacza to, że czarodziejka przyjęła zaręczyny!